Artystyczny geniusz czy nędzny imitator – kim tak naprawdę jest Jeff Koons?

Balonowy król. Król nihilistycznego kiczu. Symbol kultury konsumpcyjnej lat 80. Skandalista. Najdroższy żyjący artysta na świecie. Co jeszcze mówi się o Jeffie Koonsie?

Muzea go uwielbiają, krytycy obrzucają obelgami,  a jego prace działają jak magnes na miliarderów i osiągają zawrotne sumy. Amerykanin Jeff Koons to rzeźbiarz i malarz, którego albo się kocha, albo nienawidzi. Jedno jest jednak pewne – obok jego prac nie sposób przejść obojętnie.

Najdroższy królik na świecie

Wokół Koonsa, który na łamach kolorowej prasy gościł wielokrotnie (nie tylko ze względów artystycznych!) po raz kolejny zrobiło się głośno w maju 2019 roku. Powód? Jego wykonane ze stali nierdzewnej dzieło „Rabbit” zostało sprzedane w nowojorskim domu aukcyjnym Christie’s za zawrotną sumę 91,1 mln dolarów. Tym samym Koons stał się najlepiej opłacanym żyjącym artystą na świecie, odbierając ten tytuł Davidowi Hockneyowi (za jego obraz „Pool with Two Figures” z 1972 roku podczas aukcji w 2018 roku zapłacono 90,3 mln dolarów).

Warto przy tym wspomnieć, że swoim „Królikiem” Koons pobił jeszcze jeden rekord – na najdroższą rzeźbę żyjącego artysty. W tej kategorii pokonał zresztą sam siebie: w 2013 roku jego praca „Baloon Dog (Orange)” została sprzedana za 58,4 mln dol.

Gąbki, odkurzacze i Michael Jackson

W jaki sposób Koons z kiczowatych zabawek uczynił najbardziej pożądane dzieła sztuki współczesnej?

W twórczości pochodzącego z Pensylwanii artysty od samego początku widać romans z przedmiotami codziennego użytku, postaciami z bajek oraz ikonami popkultury. W jego wczesnych pracach pojawiają się telefony, gąbki, lustra oraz dmuchane, kolorowe kwiaty, przypominające dziecięce zabawki z wanny czy basenu (kolekcja „Inflatables”).

Głośniej o artyście zrobiło się dzięki jego trzeciej kolekcji (po „Inflatables” i „Pre-New”), zatytułowanej „The New” (1979). Zamknięte w szklanych gablotach i wyeksponowane w witrynie nowojorskiego muzeum odkurzacze przykuwały wzrok przechodniów i sprawiły, że o Koonsie zaczęto mówić.

Potem przyszedł rok 1988 i przełomowa dla Koonsa kolekcja „Banality”, która niszowego artystę przemieniła w prawdziwą gwiazdę. Na wystawę składało się 20 porcelanowych prac, lśniących, kolorowych, przypominających tandetne figurki, które można kupić na straganie, jako tanią pamiątkę z podróży czy prezent dla kogoś, kogo niekoniecznie się lubi. Nawiązanie do postaci z kreskówek i niedrogiej sztuki komercyjnej nie było jedynym problemem tej kolekcji. Artysta swoich prac nie stworzył bowiem samodzielnie, ale we współpracy z włoskimi i niemieckimi rzemieślnikami. Mało tego, prace nie były unikatami, bo każda rzeźba została stworzona w trzech egzemplarzach, dzięki czemu wystawa mogła ruszyć równocześnie w Nowym Jorku, Chicago i Kolonii.

Mówiąc o kolekcji „Banality”, wspomnieć trzeba o dwóch pracach, które dyskutowane były najgłośniej. Pierwsza przedstawia Michaela Jacksona z jego ulubionym szympansem Bubbles. Król popu ma na sobie złoty kostium, a wokół niego rozrzucone są złote kwiaty. Druga nosi tytuł „Pink Panther” i przedstawia półnagą aktorkę filmów klasy B, Jayne Mansfield, trzymającą na ramieniu smutną, znużoną Różową Panterę.

Temat wystawy „Banality” powrócił w 2017 roku, kiedy to paryski sąd uznał, że porcelanowa rzeźba „Naked”, przedstawiająca dwójkę nagich dzieci, jest plagiatem fotografii autorstwa Jeana-François Baureta. W efekcie Koons i Centre Pompidou musieli zapłacić 20 tys. euro odszkodowania spadkobiercom praw po Baurecie i 20 tys. euro kosztów sądowych.

Jeśli dla kogoś seria „Banality” wydawała się szokująca, na hasło „Made in Heaven” powinien zamknąć oczy. Wystawa była owocem związku artysty z włoską gwiazdą filmów porno, Cycoliną, a składała się na nią seria figurek przedstawiających Koonsa i Cycolinę w pozycjach rodem z Kamasutry.

Stalowe balony

Choć kiczowate figurki gwiazd popkultury utorowały Koonsowi drogę na artystyczny parnas, Amerykanin najbardziej znany jest ze swoich „balonowych prac”. Jego obsesja na punkcie balonów rozpoczyna się wraz z kolekcją „Celebrity (choć wg niektórych od małżeństwa z Cycoliną), w której znalazły się m.in. „Balloon Dog”, „Balloon Flower” oraz „Tulips”. Te ostatnie można podziwiać w Bilbao, na tarasie Muzeum Guggenheima. Rzeźba bukietu przykuwa wzrok swoją monumentalnością i intensywnymi kolorami żółci, purpury, zieleni czy magenty. Warto się przy niej na moment zatrzymać, i to nie tylko po to, by zastanowić się nad kulturowymi konotacjami dzieła, ale też by móc podziwiać kunszt, z jakim je wykonano.

Po pierwsze, połyskujące, kolorowe prace, które wyglądają tak, jakby lada chwila miały się unieść w powietrze zostały wykonane ze stali i ważą po kilkaset kilogramów. Do zamontowania tulipanów potrzeba było kilku silnych mężczyzn i dźwigu!

Po drugie, osiągniecie iluzji lekkości wymagało długich miesięcy pracy 30 specjalistów z warsztatu metalurgicznego. Każdy z kwiatów był ręcznie szlifowany, aż do idealnej gładkości, a następnie barwiony poprzez naniesienie kilkunastu warstw farby! Na koniec stosowano delikatną manualną polerkę i nanoszono bezbarwny lakier. Wszystko musiało być perfekcyjne, bo Koons opuszkami palców sprawdzał lakierowaną powierzchnię milimetr po milimetrze.

Fascynacja balonowymi figurkami u Koonsa widoczna jest do dziś. W kolekcji „Popeye” rządzą dmuchane zabawki dla dzieci, pontony i pomoce do pływania. Kolejne lata przynoszą balonowego łabędzie, królika, małpę, homara, delfina.

Kolejne projekty Koonsa również nie przeszły bez echa. Wspomnieć należy niewątpliwie o seriach „Gazing Balls”, w ramach których Amerykanin sięga po rzeźby i obrazy największych światowych artystów, wzbogacając je o nowoczesny, kiczowaty, postmodernistyczny wymiar.

Gentleman Koons i Lady Gaga

Koons wie, jak robić pieniądze, odnosić sukcesy i… nie schodzić ze świecznika. Chętnie współpracuje ze znanymi i cenionymi. To on jest autorem okładki płyty „Artpop” Lady Gagi. To jego prace z serii „Gazing Ball Paintings” znalazły się na kultowych torebkach Louisa Vuittona. W swoim portfolio ma również kooperację z H&M, dla którego zrobił torebkę z balonowym psem oraz Dom Perinion, dla którego stworzył balonową wersję Wenus z WIlendorfu.

Ale o co tu chodzi?

Twórczość Koonsa budzi skrajne emocje. Muzea i miliarderzy go uwielbiają, krytycy zjednej strony widzą w nim autora perwersyjnej i zdziecinniałej antysztuki, efekciarskiego i niesmacznego kiczu, z drugiej, bacznego obserwatora i komentatora współczesności.

Prace Koonsa łączone są z tradycjami dadaizmu oraz popartu. Trudno się jednak dziwić. Jego obiekty typu „ready mades” (sięganie po zwykłe przedmioty i ich modyfikowanie oraz umieszczanie w zupełnie nowym kontekście) to oczywiste nawiązanie do sposobu postrzegania sztuki przez Marcela Duchampa i jego fontanny-pisuaru. Sam artysta, jako źródło inspiracji, wskazuje jednak nie Duchampa czy Warhola, ale Salvadora Dali.

Opinie na tego Koonsa i jego obrazów oraz rzeźb były i są spolaryzowane. Jego fani zachwycają się sposobem, w jaki redefiniuje popart i balansuje na granicy kiczu, „pisząc” cyniczny komentarz do kapitalistycznej kultury lat 80. Jego przeciwnicy nie widzą w nim nic więcej niż pozera i nędznego imitatora, autora tandetnej i komercyjnej sztuki, mocno podszytej erotyką, czego najlepszym przykładem kolekcja „Made in Heaven”, „Pink Panther” czy niektóre prace z cyklu „Antiquity”. Trudno się jednak dziwić, kiedy sam artysta wygłasza opinie w stylu: Gdy myślę o pięknie, myślę o damskim kroczu. Do każdego z nich mam naprawdę osobisty stosunek. Moim wzorem jest tu Praksyteles i wyrzeźbiony przez niego tyłek.

Pan w garniaku

Życie prywatne Koonsa jest nie mniej barwne niż jego sztuka. Król balonów pociąg do sztuki odkrył u siebie bardzo wcześnie. Podobno już jako ośmiolatek malował kopie obrazów mistrzów i sprzedawał je w sklepie swojego ojca. Po studiach artystycznych w Chicago i pracy dla Edwarda Francisa Paschkego, który stał się dla niego mentorem i inspiracją, Koons wyjechał do Nowego Jorku, by spełniać swoje marzenia. Pracował w Muzeum Sztuki Współczesnej, był pośrednikiem giełdowym na Wall Street, wreszcie, otwarł własne studio w lofcie SoHo i jego kariera artystyczna ruszyła.

W 1991 roku Koons ożenił się z urodzoną na Węgrzech gwiazdą filmów porno i posłanką we włoskim parlamencie, Cycoliną (Iloną Staller). Ich znajomość zaczęła się od plakatu filmu pornograficznego, który artysta przygotował w ramach współpracy z Whitney Museum. Związek z Cycatką był krótki i burzliwy, a jego owocem były: syn, o którego rodzice toczyli zacięte i nieczyste boje oraz wspomniana już wystawa w stylu hard porno „Made in heaven”.

Związek z Cycoliną, a przede wszystkim narodziny syna i jego późniejszy wyjazd z matką do Włoch, wywarły na sztukę Koonsa większy wpływ niż można by przypuszczać. To tęsknota za dzieckiem i chęć nawiązania z nim porozumienia legły u podstaw jego dziecinnych, zabawkowych prac.

Dziś Król Balonów to przykładny mąż i ojciec siedmiorga dzieci. Sam Koons nieszczególnie przypomina artystę, a w każdym razie obrazek, jaki wyświetla nam się w głowie na dźwięk tego słowa. Przystojny, bogaty, zadbany, w świetnie skrojonym garniturze. Artysta-erudyta, który chętnie pokazuje się na ściankach i w kolorowych magazynach. Oczywiście, w nie byle jakich – w 2014 roku czytelnicy „Vanity Fair” mogli zobaczyć Koonsa w jego siłowni, w stroju Adama.

Czegokolwiek nie mówiliby krytycy, dziś Koons jest superartystą, którego prace sprzedają się jeszcze zanim powstaną. Retrospektywne wystawy jego prac przyciągają tłumy, bez względu na to, czy organizowane są w Chicago, Berlinie czy Paryżu. Celebryci z radością podejmują z nim współpracę. Bo Koons to nie tylko artysta, to marka – pożądana, popularna i warta miliony.

autor: Daria Urbańska

redaktor

Zostaw komentarz

1 Komentarz
Inline Feedbacks
View all comments
trackback
Artysta na etacie czyli słów kilka o twórczości Davida Hockney’a - KuKulturze.pl

[…] Hockney’owi tytuł najlepiej opłacanego artysty na świecie (tytuł ten odebrał mu niedawno Jeff Koons). Równie duży sukces komercyjny odniósł “The Splash” na którym malarz uchwycił sekundy […]