Mathew Brady – pierwszy fotoreporter wojenny

Zdjęcia, które Mathew Brady wykonał na frontach amerykańskiej wojny secesyjnej, przyniosły mu miano „ojca fotoreportażu” i stałe miejsce w historii fotografii. Dowiedz się więcej o tym niezwykłym projekcie!

SCENY I EMOCJE, CZYLI CO WIDZIMY NA FOTOGRAFIACH?

Zdjęciowe relacje z hiszpańskiej wojny domowej skłoniły Virginię Woolf do refleksji nad istotą komunikatów płynących z fotografii – środka przekazu, który w pierwszych dekadach XX wieku rozwinął się prężnie. W eseju Three Guineas pisarka zastanawiała się, czy uczucia, których doznają widzowie fotografii odpowiadają autentycznym przeżyciom utrwalonych na nich postaci? Gdyby tak było – twierdziła Woolf – być może za pomocą fotografii wojennych można byłoby w jakimś stopniu zapobiegać rozprzestrzenianiu się światowych konfliktów. W myśl tej teorii ludzie oglądający drastyczne sceny na zdjęciach mieliby doświadczać podobnych emocji, jak uczestnicy relacjonowanych wydarzeń, nawet jeśli nie mieli nigdy do czynienia z wojennym horrorem.

OD PRAGMATYZMU DO IDEI

Gdy Mathew Brady zaczynał pracę nad wizualną dokumentacją wojny secesyjnej, nie zaprzątał sobie głowy podobnie wzniosłymi ideami. Nowojorski fotograf proponował żołnierzom wykonanie zdjęcia portretowego tuż przed wyjściem na front – na wypadek, gdyby mieli już z niego nie wrócić. Brady uzasadniał tę potrzebę równie obcesowo, jak sugestywnie: „Nigdy nie wiesz, jak szybko okaże się, że jest już na to za późno”.

Brady już wcześniej dał się poznać jako jeden z najlepszych w swoim fachu: otwarcie własnego studia w 1844 r. szybko przyniosło mu wielką popularność i korzyści finansowe, a wśród potretowanych przez niego osób znajdowali się m. in. Abraham Lincoln, Andrew Jackson czy Edgar Allan Poe. Fotograf mógł więc spokojnie przeczekać wojenną zawieruchę w Nowym Jorku i kontynuować prowadzenie biznesu, lecz instynkt podpowiedział mu inną drogę – na front. Jak sam wspominał:

Musiałem tam się znaleźć. Sygnał płynący z moich stóp mówił: Idź! Więc poszedłem.

Brady opracował projekt fotograficznej dokumentacji przebiegu wojny secesyjnej i przedstawił go prezydentowi Lincolnowi. Ten zaaprobował go, zastrzegając przy tym, że to fotograf musi pokryć cały koszt przedsięwzięcia. Warunek nie stanowił problemu dla majętnego Brady’ego, który zebrał grupę współpracowników i wyruszył w drogę razem z żołnierzami.

KRWAWE OBLICZE WOJNY

W 1862 r. Brady zaprezentował pierwsze efekty swojej pracy na wystawie zatytułowanej The Dead of Antietam. Fotografie autorstwa Alexandra Gardnera, Jamesa F. Gibsona i samego Brady’ego, demaskujące horror wojennych zniszczeń, przemocy i brutalności wywołały ogromny szok. Drastyczność pokazanych treści była czymś niespotykanym w ówczesnej publicystyce – po raz pierwszy w historii uwieczniono na zdjęciach obraz pola bitwy, na którym wciąż spoczywały ciała poległych, i udostępniono je szerokiej publiczności. Recenzent przysłany przez New York Times zinterpretował je w podobny sposób, jak kilkadziesiąt lat później Wirginia Woolf: „Pan Brady unaocznił nam powagę i przerażające realia wojny. Nie przyniósł ciał i nie położył ich na naszych podwórkach i ulicach – ale zrobił coś bardzo podobnego”.

REPORTERSKI DOROBEK BRADY’EGO

Wojna o przyszłość Stanów Zjednoczonych miała zakończyć się dopiero po 3 latach od przełomowej wystawy. fotoeporterzy nie ustawali w swojej pracy: fotografowali wojenne wydarzenia z lotu ptaka – a konkretnie z pokładów latających balonów; przemieszczali się wagonami kolejowymi; rozkładali sprzęt na mostach pontonowych i naprędce skonstruowanych przedpiersiach. Brady zarejestrował wszystkie wykonane zdjęcia na przeszło 10 tysiącach klisz, co doprowadziło go do bankructwa. Fotograf odzyskał majątek dopiero po wykupieniu materiału przez rząd USA za sumę 25 000 $.

WYDARZENIA ZATRZYMANE W… CHMURZE

Serwis internetowy Public Domain Review udostępnia jeszcze jeden zbiór dagerotypów Brady’ego, wykonanych przed wojną. Obrazy te, podobnie jak duża część dorobku wojennego, w dużym stopniu uległy rozkładowi. Papier fotograficzny był wówczas niezwykle wrażliwy na działanie czynników zewnętrznych – zdjęcia były bardzo podatne na zarysowania, niszczyły się po każdym kontakcie z kurzem, włosami, a nawet przy zetknięciu ze szklanym elementem oprawy.

Okazało się więc, że nawet sceny „uwiecznione” na zdjęciach nie są wieczne – przemijają w podobnym rytmie, jak autentyczne wydarzenia będące ich treścią. Sytuacja ulegnie zmianie dopiero w kolejnym stuleciu, wraz z upowszechnieniem się cyfrowych nośników fotografii, dzięki którym możemy oglądać zdjęcia Mathew Brady’ego niemal z każdego miejsca na świecie.

autor: Anna Pawlik

Zostaw komentarz